Wykorzystanie mediów elektronicznych w turystyce kulturowej na przykładzie muzeów i miejskich aplikacji mobilnych [publikacja]

Joanna Papińska-Kacperek, Joanna Kowalczyk-Anioł

Abstrakt: Artykuł skupia się na wykorzystaniu mediów elektronicznych w turystyce kulturowej, zwłaszcza na rozwiązaniach stosowanych w muzeach oraz aplikacjach mobilnych umożliwiających interaktywne zwiedzanie. Traktując o przeobrażeniach misji współczesnych muzeów omawia on stosowane techniki informacyjne i komunikacyjne, począwszy od informacji i promocji w Internecie, po elektroniczne udogodnienia ekspozycji interaktywnych.

Słowa kluczowe: turystyka kulturowa, e-turystyka, muzea interaktywne, media elektroniczne, przewodniki mobilne.

Papińska-Kacperek, J., Kowalczyk-Anioł, J. (2015). Wykorzystanie mediów elektronicznych w turystyce kulturowej na przykładzie muzeów i miejskich aplikacji mobilnych, „Turystyka Kulturowa”, nr 5, 6-20 [PDF – pełen tekst].

Umarła mapa papierowa, niech żyje geotagging

Piotr Zmyślony | 20 września 2015

eDLHCtzRR0yfFtU0BQar_sylwiabartyzel_themap

Rozwój turystyki miejskiej jest obecnie niemal całkowicie zdominowany i napędzany przez sieci informatyczne oraz media elektroniczne, w tym przede wszystkim media społecznościowe. Cała kompleksowa sfera organizacji ruchu turystycznego oparta jest na ICT, ponadto upowszechnienie laptopów, tabletów, smartfonów, smartwatchów i innych dżipiesów sprawiło, że turyści najczęściej odwiedzają miejsca, które istnieją przede wszystkim w wirtualnej sieci przepływów. Miejsca fizyczne stały się zakładnikiem miejsc wirtualnych, a ściślej rzecz biorąc – swoich wirtualnych alter ego, a raczej alter loco.

Wrzucam powyższe zdjęcie, żeby udokumentować turystyczny anachronizm. Jeszcze tak niedawno podstawowym zakupem turystycznym była mapa lub plan miasta, po rozłożeniu osiągająca wielkość średniego koca (a mówiąc bardziej przystępnie – czterech 50-calowych telewizorów o rozdzielczości 4K lub małego citylightu), znakomicie rozkładająca się na wietrze i posiadająca wbudowany tryb nieprzechodzenia do pierwotnego stanu po złożeniu. Papierowa mapa powiela cykl życia płyty analogowej. Dziś kupują ją zbuntowani wobec świata tradycjonaliści lub dziwaki, jutro stanie się nadal niepraktycznym, ale już lifestylowym i snobistycznym wyposażeniem miejskich post-hipsterów. Jesteśmy świadkami Baumanowskiej bitwy na mapy, jednak w uproszczonym, dosłownym znaczeniu.

Czytaj dalej

Post-turystyka, czyli zaproszenie do włączenia świadomości [relacja]

Filip Kortus | 13 kwietnia 2015

By Joshua Earle unsplash

Na stronie Turystyki w mieście podejmowałem już wcześniej temat krótkowzrocznego dążenia do turystyki masowej oraz zadałem pytanie, czy negatywne skutki tych działań zasługują na specjalną nazwę. Po lekturze tych dwóch tekstów łatwiej jest zrozumieć… zaproszenie do myślenia. Słowa „idea” w odniesieniu do post-turystyki zabronił mi używać Paweł Cywiński, autor strony post-turysta.pl, podczas warsztatów świadomego podróżowania poprowadzonych z Marysią Złonkiewicz w Poznaniu. 

Czytaj dalej

Globalizacja, amerykanizacja czy może jednak turystyfikacja – co dolega światu?

 Filip Kortus | 8 lutego 2015

92H copy

Każdy kurort spełniający te same standardy, każdy wakacyjny krajobraz, który pamiętamy z dawnej podróży, po latach otoczony hotelami, obiektami gastronomicznymi i straganami. Życie ludzi podporządkowane potrzebom turystów… Czy potrzebujemy pojęcia, określającego negatywne skutki rozwoju turystyki?

Artykuł ukazał się pierwotnie w Dzienniku Turystycznym 16.12.2014

Na początku rozważań nad zjawiskiem turystyfikacji warto się zastanowić, dlaczego właściwie takie określenie powstało? Czy było zbyt obszerne, że nie zmieściło się w ramach pojęcia globalizacji? Ukuto je podczas oceny etycznej zjawisk zachodzących u schyłku XX wieku. Niesie ze sobą cały bagaż wniosków, jakie z nich wyciągnięto. Dzięki niemu turystyka przyjęła na siebie część społecznej odpowiedzialności za ciemne strony świata, w którym obecnie żyje nasze konsumpcyjne społeczeństwo.

Podróżnik – podziwia, turysta – płaci i wymaga

Pierwsi podróżnicy docierający w atrakcyjne krajobrazowo i kulturowo miejsce powinni mieć chyba nakaz milczenia po powrocie w rodzinne strony. Wszelka forma przekazu wyrażająca zachwyt tym miejscem napędza przecież turystyczną machinę, która prędzej czy później sprowadzi tam turystów mających coraz bardziej sprecyzowane wymagania. Za spełnianie naszych marzeń jesteśmy skłonni wiele zapłacić, z drugiej strony za wyjście naprzeciw oczekiwaniom turystów ludność autochtoniczna jest w stanie wiele znieść. Popyt spotyka się z podażą w coraz bardziej zglobalizowanej formie. Czytaj dalej

Nieznośna lekkość selfie

Piotr Zmyślony | 31 sierpnia 2014

Turystyka ma swoje bezrefleksyjne oblicze, które w powiązaniu z masowością wykorzystywania nowych technologii staje się zmorą dla organizatorów wydarzeń, zarządzających instytucjami kulturalnymi i służb miejskich. Zwykły check-in jest passé, teraz liczy się „fota z rąsi” jako świadectwo „tu byłem”, niezależnie od tego jak wiele bezczelności i bezmyślności trzeba na nią poświęcić. Rok 2014 to czas rozprzestrzeniania się epidemii turystycznego selfie, która zmienia obraz współczesnego turysty.

Uncle Joe Byron, Pirie MacDonald, Colonel Marceau, Pop Core, Ben Falk-New York Dec. 1920.

Zaczęło się od 1917 roku, o czym pisze i pokazuje Museum of the City of New York. Erę selfie, jakie znamy, czyli autoportretów robionych okazyjnie, a nie w studiu fotograficznym, zaczęli profesjonaliści. W 1920 roku w Nowym Jorku pięciu fotografów weszło na dach Marceau’s Studio, należącego do jednego z nich, przy czym dwóch – Joseph Byron i Ben Falk – trzymało wspólnie aparat. Jak widać powyżej, stroje mają inne niż teraz, ale miny dokładnie takie, jakie mają turyści robiący sobie zdjęcia. Długi czas pragnienie zrobienia zdjęcia z ręki nie zalewało umysłów turystów odwiedzających dachy i wnętrza atrakcji turystycznych. Lawina ruszyła niedawno.

Selfiesm na salonach

Głupota turystycznych selfies zaczęła się pod koniec poprzedniego roku w kręgu turystów biznesowych ze świata polityki. Podczas uroczystości pogrzebowych Nelsona Mandeli roześmiane selfie robią sobie premier Danii Helle-Thorning Schmidt, premier Wielkiej Brytanii David Cameron i prezydent USA Barack Obama, czym wywołują szybką reakcję Michele Obamy (ona chyba przeczuwa, że to może wywołać epidemię głupoty), wprawiają światową opinię publiczną w zażenowanie oraz podpowiadają specom od marketingu politycznego temat do dyskusji. Już w 2014 roku modzie na fotę z rąsi ulegają polscy politycy, w tym prezydent Bronisław Komorowski (który strzela sobie m.in. zdjęcie w Poznaniu z prezesem Międzynarodowych Targów Poznańskich), a także papież Franciszek. W lutym do ataku przystępują aktorzy, których grupowe selfie zrobione przez Ellen DeGeneres podczas ceremonii rozdania Oskarów staje się najchętniej retweetowanym zdjęciem wszechczasów. Czytaj dalej

Turyści zmorą zabytków

Natalia Piechota | 17 marca 2014

Większość regionów zabiega o to, by przyjeżdżało do nich jak najwięcej turystów, dostrzegając szereg korzyści wynikających z rozwoju turystyki. Są jednak sytuacje, w których to właśnie turyści stają się największą zmorą turystyki i określonego obszaru.

Każdy region ma ograniczoną zdolność przyjmowania turystów i gdy wielkość przyjazdowego ruchu turystycznego przekracza wartość graniczną dochodzi do wielu negatywnych efektów ekologicznych, społecznych i gospodarczych. Turyści są jednak „szkodliwi” nie tylko w masie (np. tłocząc się na plażach czy w kilometrowych kolejkach do atrakcji turystycznych), lecz także indywidualnie. A wszystko przez nieodpartą chęć uzewnętrznienia emocji. Manifestacja swojej obecności poprzez podpis „tu byłem”, romantyczne wyznania wiecznego uczucia „K+M” lub inne (niekoniecznie cenzuralne) deklaracje może i dowartościowują ich autorów lub ogólnie poprawiają im samopoczucie, ale niekoniecznie wyglądają estetycznie, szczególnie na kilkusetletnich, zabytkowych murach. Przykro patrzeć na kamienne czy ceglane ściany, które przez wieki opierały się powodziom, pożarom, wojnom i nieraz wielkim wysiłkiem zostały doprowadzone do wyglądu z czasów swojej świetności, a w dzisiejszym cywilizowanym świecie musiały ulec „kulturalnym” barbarzyńcom.

Od problemu samozwańczych graficiarzy nie jest wolny nawet jeden z cudów świata – Wielki Mur Chiński. W ostatnich latach przybrał na tyle na sile, że władze szukają rozwiązania satysfakcjonującego obie strony – zachowującego zabytek w jak najmniej zmienionym stanie oraz umożliwiającego turystom pozostawienie po sobie „pamiątki”. W związku z tym zostaną wydzielone fragmenty muru, na których zwiedzający będą mogli bezkarnie się podpisać. Możliwe, że za parę lat walkę z graficiarzami wesprze też technika – planowana jest instalacja tablic elektronicznych, przyjmujących każde turystyczne wyznanie. Nie wiadomo, czy Chińczycy słyszeli o jeszcze innym pomyśle. Polscy naukowcy opracowali formułę substancji, którą należy pokryć  mur/elewację, dzięki czemu usunięcie szpecących napisów oraz rysunków będzie dużo szybsze i tańsze. Co najważniejsze powłoka nie niszczy zabytkowego budulca, ponieważ w przeciwieństwie do wcześniejszych polimerów tego typu, ten przepuszcza powietrze.

Mimo dostępności różnych środków walki z graffiti tylko jeden jest w 100% skuteczny – powstrzymanie swoich artystycznych zapędów. Turysto, następnym razem zastanów się dwa razy nim zaczniesz bazgrać lub skrobać po zabytkach. Lepiej zrób sobie ciekawe zdjęcie, opraw je i powieś na ścianie w domu, na której śmiało możesz napisać „tu byłem”.

Trzy to za mało, siedem jest OK

Piotr Zmyślony | 25 lutego 2014

Od dawna już było wiadomo, że tradycyjny podział społeczny na trzy klasy – wyższą, średnią i pracującą (robotniczą) – nie odzwierciedla barwnego i skomplikowanego obrazu współczesnej hierarchii społecznej. Za dużo się zmieniło. Świat mknie na oślep, zmiany w naszym życiu nastepują tak szybko, że określenie „burzliwe” wydaje się skostniałym frazesem. Żyjemy w czasach niewiarygodnej wolności społecznej, prawie wszystko jest nie tylko możliwe, ale akceptowane, zatem przynależność do klasy społecznej opisuje już nie tylko to, skąd pochodzimy, ile posiadamy i zarabiamy, ale także jak spędzamy czas wolny, w jaki sposób się komunikujemy oraz kogo śledzimy na naszym Spotify. Sposób spędzania czasu wolnego określa przynależność klasową.

No i w końcu stało się. W 2011 roku w Wielkiej Brytanii przeprowadzono nową diagnozę społeczną, jej wyniki przedstawiono w kwietniu 2013. Jest ona ciekawa z kilku względów.

Po pierwsze, przeprowadzono ją za pośrednictwem mediów tradycyjnych i elektronicznych, korzystając z pośrednictwa BBC, co jest przykładem innowacyjnego podejścia do badań społecznych i znakiem nowych czasów, no i rzecz niebagatelna – pozwoliło uzyskać próbę ponad 161 tysięcy ankiet, czego życzę wszystkich badaczom ilościowym, bo jakościowi dostali by szału (cały czas można jeszcze wypełnić autotest współczesnej przynależności klasowej). Pojawiły się oczywiście przy okazji głosy, że badanie było całkowicie niepotrzebne, bo przecież panowie Lucas i Williams nakręcili niedawno serial dokumentalny wiernie i jak w soczewce oddający współczesny obraz Brytyjczyków.

Po drugie, diagnozę klas oparto nie tylko na ich kapitale ekonomicznym, ale także społecznym i kulturowym. Pytano zatem respondentów nie tylko o wielkość dochodu i majątku, ale także o to, jakiej muzyki słuchają, czy chodzą do teatru, opery lub na koncerty, czy mają Facebooka i Twittera, jak często uprawiają sport. Nie pytano -niestety! – o wyjazdy służbowe i wakacyjne, co z pewnością mogło całkowicie dopełnić zakres analizy.

No i po trzecie, i wreszcie, rezultaty. To było pewne – nie ma trzech klas, ale siedem, przy czym największe zmiany zaszły w środku stawki – klasa średnia zmieniła swoje oblicze. Gdyby teraz stosować starą klasyfikację według tylko trzech tradycyjnych klas, opisalibyśmy tylko 45% społeczeństwa.
Oto nowa siódemka:

Elita (elite) 6% – klasa najwyższa, najbardziej uprzywilejowana. Jej przedstawiciele charakteryzują się posiadaniem wielkiego kapitału ekonomicznego, społecznego i kulturalnego. Mają go tak dużo, że wyraźnie różnią się od niższych klas.

Ustabilizowana klasa średnia (established middle class) 25% – klasyczna klasa średnia, oparta na tradycyjnych zasobach ekonomicznych, społecznych i kulturowych, niejako dziedziczona dzięki pochodzeniu lub tradycyjnego awansu. Najbardziej towarzyska i aktywna społecznie grupa.

Techniczna klasa średnia (Technical Middle Class) – wąska grupa o wysokim kapitale ekonomicznym ale mało zaangazowana kulturalnie. Jej przedstawiciele nawiązują mało kontaktów społecznych, jednak nie mozna mówić, że są społecznie wykluczeni.

Nowi zamożni pracownicy (New Affluent Workers) – charakteryzujący się średnim poziomem zasobów finansowych, ale ponadprzecietnej aktywności społecznej i kulturalnej. Jest to młoda i aktywna grupa.

Wschodzący pracownicy usługowi (Emergent Service Workers) – klasa przestrzennie skoncentrowana w miastach; jej przedstawiciele, mimo niskiego statusu ekonomicznego, posiadają bardzo duży potencjał społeczno-kulturowy, oparty przede wszystkim o nowe wirtualne media.

Tradycyjna klasa pracująca (Traditional Working Class) 14% – jej przedstawiciele charakteryzują się niskim poziomem wszystkich trzech zasobów kapitałowych oraz wyższym przeciętnym wiekiem. Jest ona o wiele mniejsza niż w przeszłości, ponieważ z niej najprawdopodobniej powstały – w drodze awansu społecznego – nowi zamożni oraz wchodzący pracownicy.

Prekariat (Precariat) 15% – pod tą nazwą kryje się klasa osób, których codzienne życie można określić jako niepewne, niustabilizowane, poniżej lub na granicy minimum socjalnego, nieposiadający żadnych zasobów finansowych oraz potencjału społecznego i kulturowego. Można powiedzieć, że są to ludzie społecznie wykluczeni lub wykluczani, spychani na margines społeczeństwa.

Jak ten podział wpływa na współczesny popyt turystyczny? Przydałyby się pogłębione badania na ten temat, jednak już na podstawie tych ogólnych wyników można co nieco powiedzieć. Po pierwsze, większe rozwarstwienie pomaga lepiej pozycjonować produkt. Co najmniej trzy z wyróżnionych klas nie tylko wykazuje dużą aktywność turystyczną, ale można sądzić, że koncentruje ją na miastach, jako najbardziej znanemu środowisku życia codziennego. Co ważne, to z klasy średniej wypączkowały współczesne klasy najbardziej aktywne społecznie i – zapewne – turystycznie. Ich przedstawiciele mają pieniądze, są nastawieni konsumpcyjnie, chcą korzystać z bogactwa szeroko pojętej kultury i rozrywki. A my wiemy, że miasta są globalnymi maszynami rozrywki. Mielącymi w swych trybach co najmniej pięć z siedmiu nowych klas społecznych. Trzy im nie wystarczały, siedem jest OK.

Źródła: BBC. Huge survey reveals seven social classes in UK, 3.04.2013.

Mega eventy, turystyka i zdrowie czyli igrzyska zarazków

Piotr Zmyślony | 14 lutego 2014

Globalna turystyka to potencjalne zło, które być może czai się teraz w zaułkach soczijskiej wioski olimpijskiej. Oprócz turystów, wielkie imprezy goszczą międzynarodowe ekipy bakterii, mikrobów i zarazków, przygotowane do najtrudniejszych tras zjazdowych i warunków pogodowych. Skupienie ich w jednym miejscu, a następnie rozjechanie po całym świecie w organizmach nowych właścicieli, może spowodować pandemię mknącą szybciej od Matthiasa Mayera na stoku Krasnej Polanie. Organizacja mega eventu niesie za sobą duże ryzyko zdrowotne, globalny biohazard. Trzeba nauczyć się tego, jak z nim walczyć.

Gdy oglądaliśmy, jak Justyna Kowalczyk, Kamil Stoch i Zbigniew Bródka suną, by widowiskowo zgarnąć złote medale w Soczi, nie wiedzieliśmy, że już w trakcie ostatnich letnich igrzysk w Londynie przeprowadzono naukowy test systemu o nazwie Bio.Diaspora. Chodziło o to, aby zawczasu przewidywać, jakimi szlakami komunikacyjnymi mogą poruszać się po świecie zarazki, mogące być przyczyną wybuchu wielkiej epidemii. Naukowcy pod przywództwem epidemiologa Kamrana Khana z uniwersytetu w Toronto, którzy stworzyli system, otrzymywali na bieżąco informacje o tym, skąd przybywają i dokąd odlatują cudzoziemcy korzystający z londyńskich lotnisk. Dane te trafiały do modelu komputerowego, który budował scenariusze rozwoju sytuacji w przypadku pojawienia się na świecie groźnego ogniska epidemii, aby następnie pomóc w zatrzymaniu tych zarazków, zanim rozprzestrzenią się one po całym świecie. Khan uważa bowiem, że globalne mega eventy, w tym igrzyska olimpijskie, powinny się znajdować pod szczególną osłoną epidemiologiczną.

Grupa Khana współpracuje z serwisem HealthMap prowadzonym przez zespół epidemiologów z Children’s Hospital w Bostonie. Monitorują oni na bieżąco serwisy agencji informacyjnych oraz strony internetowe w kilkunastu językach, szukając wszelkich informacji mogących wskazywać na pojawienie się ogniska epidemii wśród ludzi i zwierząt. Komunikaty są natychmiast publikowane na stronie www.promedmail.org, a podejrzane tropy niezwłocznie weryfikuje Światowa Organizacja Zdrowia. Ostatni wpis pochodzi z wczoraj i dotyczy pojawienia się koronawirusów (wiecie, to te, które posiadają otoczkę oraz pojedynczą nić RNA o symetrii helikalnej i dodatniej polarności) wykrytych u wielbłądów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mało tego, także wczoraj wykryto pryszczycę, i to w Rosji, na szczęście wśród zwierząt racicowych, ale tym razem wirusy nie muszą przekraczać granicy. Kto wie, jak szybko mogą one dotrzeć na areny zmagań naszych olimpijczyków. Globalnym zagrożeniom można, jak widać, przeciwstawić globalne narzędzie, jakim jest Internet.

Jak pisze Andrzej Hołdys w Gazecie Wyborczej, impulsem do rozpoczęcia prac nad modelem była epidemia SARS w 2003 r. Była ta pierwsza infekcja rozwleczona po całej planecie dzięki komunikacji lotniczej. Nieznana wcześniej choroba pojawiła się pod koniec 2002 r. w południowych Chinach, a w świat wystartowała kilka miesięcy później w Hongkongu – jednym z najważniejszych miast Azji z lotniskiem o globalnym znaczeniu. Zainfekowane osoby wsiadały do samolotów lecących w różne strony świata, wioząc ze sobą niebezpieczny, choć mikroskopijny ładunek. Po drodze zarażały wirusami innych pasażerów, którzy po opuszczeniu lotniska przekazywali chorobę następnym osobom. Ostatecznie na zespół ostrej niewydolności oddechowej (czyli właśnie SARS) zachorowało ok. 8 tys. osób, a zmarło – około tysiąca. W Kanadzie zanotowano 44 zgony. Chorobę przywieźli pasażerowie samolotów lądujących w Vancouver i Toronto. Koszty powstrzymania epidemii w najbardziej zagrożonej prowincji Ontario oszacowano na miliard dolarów. Wielokrotnie większe były straty ekonomiczne.

Międzynarodową renomę Khan i jego współpracownicy zdobyli w 2009 r., gdy na podbój świata wyruszyły wirusy świńskiej grypy H1N1. Z pomocą swojej komputerowej szklanej kuli naukowcy trafnie przewidzieli, co zrobią zarazki w następnych tygodniach. Wyniki symulacji za pomocą Bio.Diaspory mówiły, że zarazek będzie się przemieszczał się błyskawicznie, korzystając z komunikacji lotniczej. Rzeczywiście podróż dookoła świata odbył w mniej niż 80 dni. Dwa tygodnie od zidentyfikowania pierwszego przypadku w USA był już w Nowej Zelandii, Izraelu i kilku krajach europejskich. Po miesiącu mapa jego odwiedzin obejmowała 76 krajów. – Ekspansja tego mikroba uświadomiła nam, że dzięki samolotom groźne zarazki mogą w ciągu paru dni dotrzeć na drugi koniec globu. A kiedy już przenikną przez lotniskowy kordon sanitarny, łatwo jest stracić nad nimi kontrolę, szczególnie w dużych skupiskach ludności – mówi Khan.

Sprawa jest aktualna także dziś. Rozprzestrzeniania epidemiologicznego zła nie powstrzyma nawet mróz, którego w Soczi nie ma, ponieważ mamy pierwsze na świecie zimowo-letnie igrzyska olimpijskie. Najbardziej cieszą się z tego wirusy i bakterie na całym świecie. Ciekawe, ile z nich przyleciało, przyjechało i przypłynęło do Rosji. Bez zaproszenia.

Na podstawie: Hołdys A. (2012). Kibice, pielgrzymi i ich mikroby, „Next – magazyn przyszłości” 8/2012; (także: Zagrożenie epidemią? Zarazki też lecą na igrzyska, wyborcza.biz, 06.08.2012)