POLITYKA TURYSTYCZNA

Kryzys krymski a turystyka cz.3: zakazem wjazdu w kolegów Putina

Piotr Zmyślony | 19 marca 2014

Kiedy państwa i instytucje międzynarodowe nie chcą prowadzić otwartej wojny, ale chcą uderzyć tak, aby chociaż trochę zabolało, bronią dyplomatycznego rażenia staje się turystyka. Chociaż może mieć charakter masowy, to najpierw można ją wykorzystać do działań snajperskich, kiedy na celownik bierze się ściśle wyselekcjonowane osoby. Tak zrobiły UE i USA, które w poniedziałek wprowadziły zakaz wjazdu oraz zamrożenie kont dla najbardziej „zasłużonych” dla odłączenia Krymu od Ukrainy.

Unia Europejska postrzeliła blokadą wiz turystycznych 21 urzędników i oligarchów rosyjskich i krymskich, USA wzięło za cel 11 osób, w tym Wiktora Janukowycza, premiera Krymu, przewodniczącego parlamentu krymskiego oraz posłów rosyjskiej Dumy Państwowej. Oni w najbliższym czasie na wakacje na Florydę, Lazurowe Wybrzeże czy na Mazury nie pojadą. Jeden z ukaranych zakpił, że czuje się zaszczycony sankcjami, można więc się oczywiście zastanawiać, czy tak miękkie działania, jak zakaz uprawiania turystyki, są dotkliwe. Nie są na małą skalę, ale kiedy staną się masowe, mogą zadziałać.

BBC podaje, że w UE mają już stworzoną listę stu osób, wobec których sankcje zostaną wprowadzone, a to nie musi być koniec, lista „uprawnionych” wcale nie musi składać się z nazwisk, ale warstw społecznych. Jeszcze przed referendum Timothy Snyder, historyk z Uniwersytetu Yale, pisał: narty w Alpach, plażowanie na Lazurowym Wybrzeżu i wakacyjne domy w krajach Unii są wentylem bezpieczeństwa dla rosyjskiej klasy średniej. To oglądana podczas zagranicznych podróży europejska kultura życia codziennego kształtuje rosyjską modę i aspiracje materialne. Dodajmy do tego turystykę edukacyjną (znaczna część elit wysyła dzieci do prywatnych szkół w UE lub w Szwajcarii) i finansową (bogaci Rosjanie nie ufają swojemu systemowi bankowemu i lokują pieniądze za granicą) – a zobaczymy, że Europa ma czym szachować Rosję. Łagodna siła może zadać całkiem silny ból. Ograniczenie wiz turystycznych, zakaz podróżowania dla kilku tysięcy wykonawców poleceń władzy i wpływowych popleczników Kremla, kilkadziesiąt zamrożonych rachunków mogłoby wiele zmienić. Miliony zamożnych rosyjskich „nowych mieszczan” zrozumiałoby, że inwazja na Ukrainę oznacza rezygnację z letnich wakacji, a elity – że zajęcie Krymu ściągnęłoby im na głowę rozczarowane i rozkapryszone nastoletnie dzieci.

Musimy pamiętać, że sankcje działają w obie strony. Brak turystów ze wschodu, którzy lubią wydawać dużo, odczują hotelarze, restauratorzy, sprzedawcy futer i diamentów. Turystyka użyta politycznie – nawet w słusznej sprawie – uderza w turystykę wykorzystywaną gospodarczo.

Zwykły wpis
MiASTA I TURYSTYKA, POLITYKA TURYSTYCZNA

Sewastopol: miasto turystów zdeterminowanych militarnie

Piotr Zmyślony | 12 marca 2014

Od kilkunastu dni, nie oglądając się na przedreferendalny chaos, Sewastopol przeżywa oblężenie turystów. Ten nagły wzrost ruchu turystycznego dotyczy tylko jednego segmentu, rysuję zatem pobieżny profil gości: zagraniczni, ze wschodu, ale jakby już stąd, sami mężczyźni w wieku na oko 18-35, podróżują w grupach transportem morskim lub samochodami kamaz, śpią w niekategoryzowanych obiektach zakwaterowania zbiorowego, preferują wyjątkowo długie pobyty.

Patrząc na entuzjastyczną reakcję większości mieszkańców miasta można odnieść wrażenie, że motywem ich przyjazdu są odwiedziny krewnych i znajomych. Poza tym nie zwiedzają, nie robią zdjęć, nie tweetują, prawie nie rozmawiają, noszą dużo żelastwa, a ich ulubiony kolor to zielony. Nie są grzeczni – nie potrafią parkować swoich wodnych pojazdów. Na zdjęciach wykonanych przez satelity należące do francuskiej organizacji Centre National d’Études Spatiales (CNES) widać, jak zablokowali okręty ukraińskie.

Niestety, nie ma oficjalnych danych odnośnie rozmiarów tego nagłego boomu, ale zapewne ich liczba jest wyższa od oficjalnie uzgodnionych 25 tysięcy. Nawiązując do znanej w literaturze typologii turystów kulturowych możemy stwierdzić, że Sewastopol gości obecnie mocno zmotywowanych, a nawet zdeterminowanych turystów militarnych. Albo zdeterminowanych militarnie.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
POLITYKA TURYSTYCZNA

Kryzys krymski a turystyka

Piotr Zmyślony | 4 marca 2014

W narastającym z dnia na dzień i z godziny na godzinę politycznym i militarnym napięciu wokół półwyspu Krymskiego łatwo zagubić to, że stawką w tym konflikcie jest przemysł turystyczny, który stanowi koło zamachowe całej gospodarki regionu.

W przekazach medialnych na pierwszy plan wysuwa się militarne podłoże konfliktu. W Sewastopolu stacjonują dwie dywizje rosyjskiej marynarki wojennej liczące razem 22 tysiące żołnierzy. Tradycja ich pobytu sięga osiemnastego wieku, zdążyli się już na tyle zadomowić, że trudno sobie wyobrazić ich wyprowadzkę. Jednak niezidentyfikowani żołnierze będący „lokalnymi siłami samoobrony” biorą także udział w przeciąganiu liny o najbardziej atrakcyjny i dochodowy region turystyczno-wypoczynkowy w postradzieckim świecie.

Według krymskiego Ministerstwa Uzdrowisk i Turystyki na półwyspie działa około stu dużych obiektów noclegowych, 4,5 tysiąca małych prywatnych hoteli, 15 tysięcy restauracji, kafejek i barów oraz około 20 tysięcy kwater turystycznych i drugich domów, największa na czarnomorskim wybrzeżu. Oficjalne statystyki wyłapują rocznie 6 milionów turystów, a musimy pamiętać o szarej strefie, zawsze obecnej w turystyce, a w tym wypadku wzmocnionej postradziecką specyfiką. Gospodarka turystyczna generuje około 40 mld hrywien rocznie, a więc 4 mld dolarów – żeby ocenić, jak bardzo zdominowała ona gospodarkę, napomknę tylko, że w 2012 roku PKB Krymu wyniósł 4,3 mld dolarów. Obecnie ponad 77 proc. mieszkańców autonomii uważa sferę usług za główne lub dodatkowe źródło dochodu. Klasyczna monokultura turystyczna.

Półwysep Krymski to centrum klasycznej turystyki wypoczynkowej i uzdrowiskowej, także w wydaniu luksusowym. Baza sanatoryjna liczy ponad 250 obiektów, przede wszystkim w Jałcie i Eupatorii. Z kolei Sewastopol przyciąga swoją bogatą historią wojenną oraz współczesnymi obiektami wojskowymi, Ałuszta nocną rozrywką, a do tego warto dorzucić miasto-ogród Bakczysaraj. Ponadto Krym to winnice, krajobraz wyjęty z Toskanii lub Kalifornii, zmieszany z dziedzictwem tureckim i greckim, w którym można wypocząć „po carsku”, co zresztą carowie robili – Aleksander II i Aleksander III oraz Mikołaj II – a także radzieccy partyjni gospodarze (ostatni z nich – Michaił Gorbaczow – był tu internowany). Dodajmy do tego ciągle widoczną i odczuwaną radziecką nostalgię, klimat współczesnego brutalnego disco oraz elementy „militarnej architektury”, a wyjdzie nam całkiem dziwaczny mix.

Krym upodobali sobie „nowi Ruscy” z Sankt Petersburga oraz Moskwy. Jak pisze Wacław Radziwinowicz, Rosjanie nazywają go jedwabnym półwyspem i odwiedzają go najchętniej wczesną jesienią, po przepełnionym i gorącym sezonie letnim, w czasie winobrania. Przyjeżdżają ich tutaj co roku 2 miliony, a więc 25-30% wszystkich odwiedzających (turystów z Ukrainy jest zdecydowanie więcej – około 60%). Jest także druga strona medalu – po roku 2005, kiedy zniesiono obowiązek wizowy, Krym doświadcza zalewu turystów z Europy. Jak bardzo poważnie Unia Europejska traktowała Krym jako swoją przyszłościową destynację niech świadczy fakt finansowania przez nią w 2011 roku projektu pt. „Dywersyfikacja i Wsparcie Rozwoju Krymskiej Turystyki”. Cel był prosty: stworzenie podstaw do zrównoważonego rozwoju oraz poprawy konkurencyjności i jakości krymskiej oferty turystycznej, wszystko po to, aby przyjeżdzający tu Europejczycy mogli liczyć na standardy obsługi, do którego przywykli.

Biorąc pod uwagę to, że region żyje praktycznie z obsługi turystów, można się zastanawiać, czy na pewno jest tak, jak podają media, że Rosjanie, którzy stanowią około 65% mieszkańców Krymu, tak jednoznacznie i ochoczo opowiadają się za przyłączeniem do Rosji. Stracą wtedy dostęp do perspektywicznego rynku europejskiego. W drugim przypadku, tracą Rosjan.

Jedno jest pewne – lepiej już było, skutki obecnego konfliktu mogą wykrwawić krymską gospodarkę turystyczną. Jak dramatyczna jest sytuacja świadczy to, że dziś, we wtorek, w tym samym dniu, w którym po raz pierwszy od czasu kryzysu przemówił Władimir Putin, konferencję prasową zwołał także Aleksander Lijew, Minister ds. Uzdrowisk i Turystyki. Pomimo tego, że robił dobrą minę do złej gry apelując: „jest tu absolutnie spokojnie – wszystkie władze lokalne i policja pracują jak zwykle, a komunikacja, sklepy i stancje benzynowe działają bez zarzutu”; przyznał, że szykuje się na najgorsze wyniki od wielu lat. Z tego względu ogłosił plan ratunkowy dla turystyki: obniżenie cen, organizację press tours dla zagranicznych dziennikarzy oraz nowe inwestycje turystyczne.

Konferencja Ministra potwierdza podstawową prawdę – turystyka to barometr polityczny z natychmiastowym czasem reakcji. Pojawienie się niezidentyfikowanych żołnierzy powoduje panikę na rynkach emisyjnych i masowe odwoływanie większości urlopów na półwyspie. Od początku roku Krym odwiedziło 100 tysięcy turystów, około 10% mniej niż w dwóch pierwszych miesiącach 2013 roku. Teraz zapowiada się kompletny paraliż. Konferencja Putina wywołała międzynarodowe echo, relację z konferencji Lijewa przeczytali nieliczni, zapaleni w temacie branżowcy.

Z turystycznego punktu widzenia jest pewne – będzie źle. Na razie wygląda na to, że Putin po prostu Krym sobie zabrał i ten stan zawieszenia może trwać bardzo długo. No i może okazać się, że w tej konfiguracji krymska gospodarka turystyczna to papierowa potęga, zależna od źródeł surowców i energii, i nie jest to osławiony gaz. Półwysep cierpi na niedostatek wody pitnej, o wiele gorsze jest jednak to, że działające tu elektrownie dostarczają zaledwie 10% prądu. I w tym wypadku to Ukraina, a nie Rosja, może nagle zgasić światło.

Zwykły wpis
TRENDY INNOWACJE

Trzy to za mało, siedem jest OK

Piotr Zmyślony | 25 lutego 2014

Od dawna już było wiadomo, że tradycyjny podział społeczny na trzy klasy – wyższą, średnią i pracującą (robotniczą) – nie odzwierciedla barwnego i skomplikowanego obrazu współczesnej hierarchii społecznej. Za dużo się zmieniło. Świat mknie na oślep, zmiany w naszym życiu nastepują tak szybko, że określenie „burzliwe” wydaje się skostniałym frazesem. Żyjemy w czasach niewiarygodnej wolności społecznej, prawie wszystko jest nie tylko możliwe, ale akceptowane, zatem przynależność do klasy społecznej opisuje już nie tylko to, skąd pochodzimy, ile posiadamy i zarabiamy, ale także jak spędzamy czas wolny, w jaki sposób się komunikujemy oraz kogo śledzimy na naszym Spotify. Sposób spędzania czasu wolnego określa przynależność klasową.

No i w końcu stało się. W 2011 roku w Wielkiej Brytanii przeprowadzono nową diagnozę społeczną, jej wyniki przedstawiono w kwietniu 2013. Jest ona ciekawa z kilku względów.

Po pierwsze, przeprowadzono ją za pośrednictwem mediów tradycyjnych i elektronicznych, korzystając z pośrednictwa BBC, co jest przykładem innowacyjnego podejścia do badań społecznych i znakiem nowych czasów, no i rzecz niebagatelna – pozwoliło uzyskać próbę ponad 161 tysięcy ankiet, czego życzę wszystkich badaczom ilościowym, bo jakościowi dostali by szału (cały czas można jeszcze wypełnić autotest współczesnej przynależności klasowej). Pojawiły się oczywiście przy okazji głosy, że badanie było całkowicie niepotrzebne, bo przecież panowie Lucas i Williams nakręcili niedawno serial dokumentalny wiernie i jak w soczewce oddający współczesny obraz Brytyjczyków.

Po drugie, diagnozę klas oparto nie tylko na ich kapitale ekonomicznym, ale także społecznym i kulturowym. Pytano zatem respondentów nie tylko o wielkość dochodu i majątku, ale także o to, jakiej muzyki słuchają, czy chodzą do teatru, opery lub na koncerty, czy mają Facebooka i Twittera, jak często uprawiają sport. Nie pytano -niestety! – o wyjazdy służbowe i wakacyjne, co z pewnością mogło całkowicie dopełnić zakres analizy.

No i po trzecie, i wreszcie, rezultaty. To było pewne – nie ma trzech klas, ale siedem, przy czym największe zmiany zaszły w środku stawki – klasa średnia zmieniła swoje oblicze. Gdyby teraz stosować starą klasyfikację według tylko trzech tradycyjnych klas, opisalibyśmy tylko 45% społeczeństwa.
Oto nowa siódemka:

Elita (elite) 6% – klasa najwyższa, najbardziej uprzywilejowana. Jej przedstawiciele charakteryzują się posiadaniem wielkiego kapitału ekonomicznego, społecznego i kulturalnego. Mają go tak dużo, że wyraźnie różnią się od niższych klas.

Ustabilizowana klasa średnia (established middle class) 25% – klasyczna klasa średnia, oparta na tradycyjnych zasobach ekonomicznych, społecznych i kulturowych, niejako dziedziczona dzięki pochodzeniu lub tradycyjnego awansu. Najbardziej towarzyska i aktywna społecznie grupa.

Techniczna klasa średnia (Technical Middle Class) – wąska grupa o wysokim kapitale ekonomicznym ale mało zaangazowana kulturalnie. Jej przedstawiciele nawiązują mało kontaktów społecznych, jednak nie mozna mówić, że są społecznie wykluczeni.

Nowi zamożni pracownicy (New Affluent Workers) – charakteryzujący się średnim poziomem zasobów finansowych, ale ponadprzecietnej aktywności społecznej i kulturalnej. Jest to młoda i aktywna grupa.

Wschodzący pracownicy usługowi (Emergent Service Workers) – klasa przestrzennie skoncentrowana w miastach; jej przedstawiciele, mimo niskiego statusu ekonomicznego, posiadają bardzo duży potencjał społeczno-kulturowy, oparty przede wszystkim o nowe wirtualne media.

Tradycyjna klasa pracująca (Traditional Working Class) 14% – jej przedstawiciele charakteryzują się niskim poziomem wszystkich trzech zasobów kapitałowych oraz wyższym przeciętnym wiekiem. Jest ona o wiele mniejsza niż w przeszłości, ponieważ z niej najprawdopodobniej powstały – w drodze awansu społecznego – nowi zamożni oraz wchodzący pracownicy.

Prekariat (Precariat) 15% – pod tą nazwą kryje się klasa osób, których codzienne życie można określić jako niepewne, niustabilizowane, poniżej lub na granicy minimum socjalnego, nieposiadający żadnych zasobów finansowych oraz potencjału społecznego i kulturowego. Można powiedzieć, że są to ludzie społecznie wykluczeni lub wykluczani, spychani na margines społeczeństwa.

Jak ten podział wpływa na współczesny popyt turystyczny? Przydałyby się pogłębione badania na ten temat, jednak już na podstawie tych ogólnych wyników można co nieco powiedzieć. Po pierwsze, większe rozwarstwienie pomaga lepiej pozycjonować produkt. Co najmniej trzy z wyróżnionych klas nie tylko wykazuje dużą aktywność turystyczną, ale można sądzić, że koncentruje ją na miastach, jako najbardziej znanemu środowisku życia codziennego. Co ważne, to z klasy średniej wypączkowały współczesne klasy najbardziej aktywne społecznie i – zapewne – turystycznie. Ich przedstawiciele mają pieniądze, są nastawieni konsumpcyjnie, chcą korzystać z bogactwa szeroko pojętej kultury i rozrywki. A my wiemy, że miasta są globalnymi maszynami rozrywki. Mielącymi w swych trybach co najmniej pięć z siedmiu nowych klas społecznych. Trzy im nie wystarczały, siedem jest OK.

Źródła: BBC. Huge survey reveals seven social classes in UK, 3.04.2013.

Zwykły wpis
HISTORIA TURYSTYKI, MiASTA I TURYSTYKA, SPOTKANIA WYDARZENIA EVENTY, ZARZĄDZANIE TURYSTYKĄ

Detroit i inne przypadki: początki zarządzania turystyką w miastach

IACB

W Polsce zarządzanie turystyką w miastach wciąż postrzegane jest jako nowoczesne (co należy odczytywać jako nowe) podejście do całokształtu działań prorozwojowych w odniesieniu do miejskiej gospodarki turystycznej. Zacząłem zatem szperać w literaturze, żeby dowiedzieć się, kiedy to wszystko się zaczęło. Okazało się, że albo można być młodym mając grubo ponad 100 lat, albo na tyle można liczyć skalę naszego opóźnienia w tym temacie.

Historia zarządzania turystyką w miastach sięga już ponad 125 lat i zaczęła się niemal równocześnie na dwóch kontynentach: europejskim i amerykańskim. Pierwsze organizacje turystyczne w Europie powstały w miastach szwajcarskich: Zurychu (1885), Bazylei (1890) i Bernie (1890) jako wspólne inicjatywy przedsiębiorców pochodzących ze sfery hotelarskiej, gastronomicznej i handlowej. W tym samym czasie zaczęto zakładać organizacje w miastach amerykańskich, przy czym ta potrzeba narodziła się na gruncie turystyki biznesowej. Powszechnie uważa się, że to właśnie w Stanach Zjednoczonych powstała nowoczesna formuła konferencji i konwencji jako specjalnie przygotowywanych, wielkich spotkań stowarzyszeń, przedsiębiorstw czy partii politycznych. Sformułowanie „rynek spotkań” powstały właśnie dla podkreślenia profesjonalnego charakteru tego rodzaju działalności, jaką stała się organizacja spotkań i wydarzeń.

Przełom XIX i XX wieku charakteryzował się dużym wzrostem liczby stowarzyszeń, aliansów, trustów i innych form współpracy społecznej i gospodarczej, a także partyjnej. Szybko zrozumiano, że goszczenie coraz liczniejszych i większych konwencji daje nie tylko bezpośrednie zyski, ale jest źródłem mnożnikowych efektów ekonomicznych, a także buduje pozytywny wizerunek miasta, pod warunkiem jednak, gdy przedsiębiorcy specjalizujący się w świadczeniu pojedynczych usług – hotelarze, restauratorzy i dostarczyciele żywności, przewoźnicy kolejowi, właściciele obiektów kongresowo-wystawienniczych – połączą siły i zaczną promować i sprzedawać swoje usługi jako zintegrowany marketingowo produkt.

Pierwsze podmioty powołane do tego celu miały formę zrzeszeń gospodarczych (patrz poniższe zestawienie), jednak za pierwszą organizację, która stała się wzorcem formuły zarządzania, a raczej marketingu w odniesieniu do turystyki na szczeblu miasta, była Detroit Convention League (DCL). Na pomysł powołania instytucji reprezentującej usługodawców turystycznych i transportowych, właścicieli obiektów kongresowych i handlowców, wpadł dziennikarz Detroit Journal, Milton J. Carmichael, który w opublikowanym tekście w lutym 1896 roku wskazał korzyści finansowe i promocyjne, jakie przynosi miastu organizacja kongresów, wykazał potencjał rozwojowy rynku spotkań oraz przedstawił formułę funkcjonowania i finansowania organizacji, która miała pełnić funkcję promotora i przedstawicielstwa handlowego Detroit w całym kraju. Stwierdził on, że skoro dotąd Detroit uzyskało miano centrum kongresowego bez żadnego wysiłku promocyjnego, oznacza to, że uczestnicy kongresów i biznesmeni uważają je za atrakcyjne i chcą go odwiedzać, należy zatem ten potencjał jak najszybciej i najmocniej wykorzystać.

Autor tekstu nie musiał długo czekać na konkretny odzew czytelników. Jeszcze w tym samym miesiącu lokalna izba handlowa oraz klub fabrykantów połączyli swoje siły powołując instytucję, którą nazwali na początku The Detroit Convention and Businessmen’s League i której sekretarzem został sam pomysłodawca. Misję organizacji określili jako „ściganie tych wszystkich konwencji i kongresów”, co w ówczesnym języku biznesowym oznaczało oznaczało marketing i sprzedaż bezpośrednią infrastruktury konferencyjnej miasta. Carmichael w pierwszym roku przejechał ponad 27 tysięcy kilometrów jako przedstawiciel handlowy miasta, promując go jako najpiękniejsze miasto w kraju, w którym mieszkańcy konkurują między sobą, by jak najlepiej ugościć przyjezdnych. W efekcie zdobył on ponad 300 zleceń na organizację kongresów w Detroit. O dalszej historii działania organizacji możecie poczytać tutaj.

Działania DCL ukształtowały model biznesowy biur kongresów i wizyt oraz nowy zawód event menedżera miasta i regionu. U jego formuły legły trzy rodzaje aktywności, które obowiązują we współczesnych biurach spotkań i kongresów: integracja lokalnych przedsiębiorców w celu promocji i sprzedaży wspólnego produktu; aktywne działania z zakresu marketingu bezpośredniego; stworzenie formuły lokalnych ambasadorów spotkań, polegające na przekonywaniu członków społeczności lokalnej zasiadających w organach ważnych stowarzyszeń i instytucji, aby doprowadzili oni do organizacji krajowych konwencji tych organizacji właśnie w Detroit.

W 1915 w St. Louis powstało pierwsze zrzeszenie biur kongresów i wizyt pod nazwą Stowarzyszenie Sekretariatów Kongresów (The Association of Convention Secretaries), które działa do dziś pod nazwą Destination Marketing Association International (DMAI). Na zdjęciu zjazd stowarzyszenia w 1926 roku (Ford & Peeper, 2008).

 Pierwsze biura kongresów i wizyt w USA [Rok | Miasto | Nazwa lub forma]:

  • 1888 | Milwaukee | Association for Advancement of Milwaukee
  • 1888 | Des Moines | Association of Commerce
  • 1896 | Detroit | Detroit Convention League
  • 1902 | Honolulu | lokalny komitet przedsiębiorców
  • 1904 | Cleveland | Convention Board
  • 1908 | Atlantic City | Atlantic City Publicity Bureau
  • 1908 | Chicago | lokalny komitet przedsiębiorców
  • 1908 | St. Paul | Convention Bureau
  • 1909 | Denver | grupa przedsiębiorców
  • 1909 | San Francisco  | San Francisco Convention & Tourist League

 

Opracowanie na podstawie:

Ford, R.C., Peeper, W.C. (2008), Managing Destination Marketing Organisations: The task, roles and responsibilities of the Convention and Visitors Bureau Executive, ForPer Publications, Orlando.

Seiser B. (2008) European city tourism organisations: How city tourism organizations in Europe prepare themselves for rough times in saturated markets, VDM Verlag Dr. Müller, Saarbrücken.

Swarbrooke J., Horner S. (2001) Business travel and tourism, Butterworth-Heinemann, Oxford.

Visit Detroit (2013). 117 Years of Service for Detroit Metro Convention & Visitors Bureau, Detroit Metro Convention & Tourism Bureau.

Zwykły wpis
POLITYKA TURYSTYCZNA, SPOTKANIA WYDARZENIA EVENTY, TRENDY INNOWACJE

Mega eventy, turystyka i zdrowie czyli igrzyska zarazków

Piotr Zmyślony | 14 lutego 2014

Globalna turystyka to potencjalne zło, które być może czai się teraz w zaułkach soczijskiej wioski olimpijskiej. Oprócz turystów, wielkie imprezy goszczą międzynarodowe ekipy bakterii, mikrobów i zarazków, przygotowane do najtrudniejszych tras zjazdowych i warunków pogodowych. Skupienie ich w jednym miejscu, a następnie rozjechanie po całym świecie w organizmach nowych właścicieli, może spowodować pandemię mknącą szybciej od Matthiasa Mayera na stoku Krasnej Polanie. Organizacja mega eventu niesie za sobą duże ryzyko zdrowotne, globalny biohazard. Trzeba nauczyć się tego, jak z nim walczyć.

Gdy oglądaliśmy, jak Justyna Kowalczyk, Kamil Stoch i Zbigniew Bródka suną, by widowiskowo zgarnąć złote medale w Soczi, nie wiedzieliśmy, że już w trakcie ostatnich letnich igrzysk w Londynie przeprowadzono naukowy test systemu o nazwie Bio.Diaspora. Chodziło o to, aby zawczasu przewidywać, jakimi szlakami komunikacyjnymi mogą poruszać się po świecie zarazki, mogące być przyczyną wybuchu wielkiej epidemii. Naukowcy pod przywództwem epidemiologa Kamrana Khana z uniwersytetu w Toronto, którzy stworzyli system, otrzymywali na bieżąco informacje o tym, skąd przybywają i dokąd odlatują cudzoziemcy korzystający z londyńskich lotnisk. Dane te trafiały do modelu komputerowego, który budował scenariusze rozwoju sytuacji w przypadku pojawienia się na świecie groźnego ogniska epidemii, aby następnie pomóc w zatrzymaniu tych zarazków, zanim rozprzestrzenią się one po całym świecie. Khan uważa bowiem, że globalne mega eventy, w tym igrzyska olimpijskie, powinny się znajdować pod szczególną osłoną epidemiologiczną.

Grupa Khana współpracuje z serwisem HealthMap prowadzonym przez zespół epidemiologów z Children’s Hospital w Bostonie. Monitorują oni na bieżąco serwisy agencji informacyjnych oraz strony internetowe w kilkunastu językach, szukając wszelkich informacji mogących wskazywać na pojawienie się ogniska epidemii wśród ludzi i zwierząt. Komunikaty są natychmiast publikowane na stronie www.promedmail.org, a podejrzane tropy niezwłocznie weryfikuje Światowa Organizacja Zdrowia. Ostatni wpis pochodzi z wczoraj i dotyczy pojawienia się koronawirusów (wiecie, to te, które posiadają otoczkę oraz pojedynczą nić RNA o symetrii helikalnej i dodatniej polarności) wykrytych u wielbłądów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mało tego, także wczoraj wykryto pryszczycę, i to w Rosji, na szczęście wśród zwierząt racicowych, ale tym razem wirusy nie muszą przekraczać granicy. Kto wie, jak szybko mogą one dotrzeć na areny zmagań naszych olimpijczyków. Globalnym zagrożeniom można, jak widać, przeciwstawić globalne narzędzie, jakim jest Internet.

Jak pisze Andrzej Hołdys w Gazecie Wyborczej, impulsem do rozpoczęcia prac nad modelem była epidemia SARS w 2003 r. Była ta pierwsza infekcja rozwleczona po całej planecie dzięki komunikacji lotniczej. Nieznana wcześniej choroba pojawiła się pod koniec 2002 r. w południowych Chinach, a w świat wystartowała kilka miesięcy później w Hongkongu – jednym z najważniejszych miast Azji z lotniskiem o globalnym znaczeniu. Zainfekowane osoby wsiadały do samolotów lecących w różne strony świata, wioząc ze sobą niebezpieczny, choć mikroskopijny ładunek. Po drodze zarażały wirusami innych pasażerów, którzy po opuszczeniu lotniska przekazywali chorobę następnym osobom. Ostatecznie na zespół ostrej niewydolności oddechowej (czyli właśnie SARS) zachorowało ok. 8 tys. osób, a zmarło – około tysiąca. W Kanadzie zanotowano 44 zgony. Chorobę przywieźli pasażerowie samolotów lądujących w Vancouver i Toronto. Koszty powstrzymania epidemii w najbardziej zagrożonej prowincji Ontario oszacowano na miliard dolarów. Wielokrotnie większe były straty ekonomiczne.

Międzynarodową renomę Khan i jego współpracownicy zdobyli w 2009 r., gdy na podbój świata wyruszyły wirusy świńskiej grypy H1N1. Z pomocą swojej komputerowej szklanej kuli naukowcy trafnie przewidzieli, co zrobią zarazki w następnych tygodniach. Wyniki symulacji za pomocą Bio.Diaspory mówiły, że zarazek będzie się przemieszczał się błyskawicznie, korzystając z komunikacji lotniczej. Rzeczywiście podróż dookoła świata odbył w mniej niż 80 dni. Dwa tygodnie od zidentyfikowania pierwszego przypadku w USA był już w Nowej Zelandii, Izraelu i kilku krajach europejskich. Po miesiącu mapa jego odwiedzin obejmowała 76 krajów. – Ekspansja tego mikroba uświadomiła nam, że dzięki samolotom groźne zarazki mogą w ciągu paru dni dotrzeć na drugi koniec globu. A kiedy już przenikną przez lotniskowy kordon sanitarny, łatwo jest stracić nad nimi kontrolę, szczególnie w dużych skupiskach ludności – mówi Khan.

Sprawa jest aktualna także dziś. Rozprzestrzeniania epidemiologicznego zła nie powstrzyma nawet mróz, którego w Soczi nie ma, ponieważ mamy pierwsze na świecie zimowo-letnie igrzyska olimpijskie. Najbardziej cieszą się z tego wirusy i bakterie na całym świecie. Ciekawe, ile z nich przyleciało, przyjechało i przypłynęło do Rosji. Bez zaproszenia.

Na podstawie: Hołdys A. (2012). Kibice, pielgrzymi i ich mikroby, „Next – magazyn przyszłości” 8/2012; (także: Zagrożenie epidemią? Zarazki też lecą na igrzyska, wyborcza.biz, 06.08.2012)

Zwykły wpis
PUBLIKACJE

Internacjonalizacja zarządzania funkcją turystyczną w dużym mieście [publikacja]

Piotr Zmyślony

Globalizacja wzmacnia siłę konkurencyjną miast na światowym rynku turystycznym. Równolegle z tym procesem globalne otoczenie wymusza zmiany adaptacyjne oraz rozwojowe w ramach ich funkcji turystycznej . Internacjonalizacja może zachodzić w sposób bierny, w formie zmian w ofercie turystycznej, rekreacyjnej i kulturowej miasta oraz zachowań nabywczych turystów i mieszkańców. Największym wyzwaniem jest jednak internacjonalizacja zarządzania turystyką, oparta na aktywnym zaangażowaniu podmiotów odpowiedzialnych za rozwój turystyki w mieście i dotycząca sfery zarządzania, w której globalne oddziaływania zderzają się w nich najsilniej z uwarunkowaniami lokalnymi.

Wykorzystując rozważania Cavusgila (1984), możemy traktować internacjonalizację jako opcję rozwojową, polegającą na aktywnym zaangażowaniu podmiotów odpowiedzialnych za rozwój turystyki w mieście i mającą charakter indukowanych, kontrolowanych i w pewnym stopniu zintegrowanych działań, przede wszystkim w sferze zarządzania funkcją turystyczną.

Internacjonalizacja sfery zarządzania turystyką w mieście przejawia się najsilniej w odniesieniu do planowania, organizowania oraz przewodzenia, natomiast umiędzynarodowienie funkcji kontrolowania, mającej charakter weryfikujący w stosunku do poprzednich, zachodzi w sposób indukowany. Można zatem mówić o sferach oddziaływania globalizacji na miejską gospodarkę turystyczną, będących równocześnie płaszczyznami internacjonalizacji zarządzania turystyką w mieście.

Internacjonalizacja funkcji turystycznej Poznania

Procesy internacjonalizacyjne w poznańskiej turystyce można obserwować od 2007 roku, kiedy władze miasta podjęły decyzję o rezygnacji z prowadzenia sporadycznych i niezintegrowanych działań promocyjnych i postanowiły rozpocząć prace nad budową strategii marketingowej. W 2008 uchwalono “Strategię promocji marki Poznań” (JUST, IKER 2008), w której określono kluczowe wyzwanie dla miasta: „osiągnięcie metropolii o randze europejskiej, czyli o znaczeniu ponadkrajowym, co oznacza konieczność zdobycia status najważniejszego niestołecznego miasta Polski, czyli kontrapunktu dla stolicy” (JUST, IKER 2008, s. 5). Jak podkreślono w dokumencie, na podobnej zasadzie zbudowano potęgę wielu miast, w tym Barcelony, Mediolanu, Monachium, Glasgow i Sankt Petersburga.

Wyznaczono dwie sfery działań: krajową, w której Poznań ma ugruntowany wizerunek, oraz międzynarodową, w której świadomość Poznania jest bardzo niska i nie można na jej podstawie określić jego wizerunku. W odniesieniu do drugiego wymiaru działania promocyjne realizowane są pod hasłem “Poznań. Western Energy, Eastern Style”, jako nawiązanie do wizerunku Polski za granicą. Turystyka jest traktowana jako jeden z wymiarów wizerunku miasta, a turyści zostali poddani segmentacji i zakwalifikowani jako cztery z dwunastu głównych segmentów odbiorców działań promocyjnych.

Orientacja międzynarodowa została umocniona, a nawet pogłębiona, w trakcie prac nad „Strategią rozwoju miasta Poznania do 2030 roku” (Miasto Poznań 2010). W przyjętej wizji stanu miasta w perspektywie dwudziestoletniej podkreślono trzy czynniki umiędzynarodowienia: metropolitalność, włączenie miasta do europejskiej sieci miast oraz  rozwój gospodarki opartej na wiedzy. Turystyka znalazła się w dwóch z czterech celów strategicznych: “Zwiększenie znaczenia miasta jako ośrodka wiedzy, kultury, turystyki i sportu” oraz „Utworzenie Metropolii Poznań”, a także w jednym celu pośrednim mającym ściśle międzynarodowy charakter: „Uzyskanie przez Poznań rangi międzynarodowego centrum kultury i turystyki” (Miasto Poznań 2010, s. 100). W ramach strategii powstało 21 programów, w tym jeden bezpośrednio poświęcony turystyce nazwany „Turystyczny Poznań”.

W 2011 roku powstał jeszcze jeden istotny dokument strategiczny – „Strategia rozwoju aglomeracji poznańskiej – Metropolia Poznań 2020” (CBM 2011). Sprawy rozwoju turystyki zostały umiejscowione w programie „Metropolitalna oferta turystyczna”, w którym główny nacisk został położony na spójność działań oraz innowacyjność organizacyjną. W programie zapisano, że niezbędnym warunkiem wykorzystania potencjału turystycznego Poznania jest zawiązanie współpracy samorządowej między 21 jednostkami administracyjnymi tworzącymi aglomerację, a następnie rozszerzenie jej na podmioty z sektora prywatnego.

W lutym 2012 roku, pośrednio w następstwie prac nad strategią, zadecydowano o istotnych modyfikacjach struktury organizacyjnej PLOT. Chociaż od chwili założenia w 2003 roku zakres działania stowarzyszenia obejmował obszar aglomeracji (rozumianej jako obszar miasta i powiatu poznańskiego), formuła stowarzyszenia oraz wynikający z niej niski budżet ograniczały jej możliwości realnego oddziaływania na kształt poznańskiej oferty turystycznej. Usprawnienie struktury polegało na nadaniu jej bardziej komercyjnego charakteru poprzez przekształcenie zarządu, funkcjonującego dotąd społecznie i składającego się m.in. z przedstawicieli samorządów terytorialnych tworzących PLOT, w radę stowarzyszenia, a następnie utworzenie zawodowego zarządu, dzięki czemu stowarzyszenie może prowadzić działalność gospodarczą. Ponadto zmiany umożliwiły przekazywanie PLOT wyższych środków finansowych pochodzących z budżetów członkowskich miast i gmin.

Więcej:

Zmyślony P. (2013). Internacjonalizacja zarządzania funkcją turystyczną w dużym mieście, „Prace Geograficzne” Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ, z. 134, 51-67.

Zwykły wpis