W ciągu roku, który minął od zmiany na stanowisku prezydenta Poznania, z mediów bardzo często docierały do nas informacje o stanowczych zmianach, które zarządzano na Placu Kolegiackim. Tym razem zapadła decyzja o zmianie strategii promocji marki Poznań. W przekazie medialnym brakowało rzetelnego uzasadnienia tej decyzji, dlatego wysłuchanie panelu specjalistów z udziałem prezydenta Jaśkowiaka wydawało się jedyną okazją na racjonalny przekaz.
1 stycznia 2014 roku nastąpiła deregulacja zawodu przewodnika turystycznego (z wyłączeniem przewodników górskich). Przed deregulacją zarówno w prasie naukowej jak i prasie można było znaleźć wiele opracowań autorów wskazujących głównie na wady deregulacji. W pracach przeważały opinie, że deregulacja przyczyni się do obniżenia jakości świadczonych usług oraz spowoduje spadek cen usług przewodnickich. Jako główną przyczynę tego stanu wskazywano problem oceny jakości usług przewodnickich przez klientów.
Celem badań ankietowych przeprowadzonych wśród przewodników turystycznych podczas V Ogólnopolskiego Forum Przewodników Turystycznych, które odbyło się w dniach 6-8 lutego w Przemyślu, było określenie wpływu deregulacji na poziom cen oraz jakość usług po 1 stycznia 2014.
Badania ankietowe przeprowadzone z przewodnikami (n=62) wykazały że w opinii przewodników turystycznych, touroperatorzy z jednej strony potrafią właściwie ocenić jakość usług przewodnickich, ale z drugiej strony nie zawsze są gotowi płacić więcej za usługi wyższej jakości. W opinii przewodników licencje wydane przed 2015 rokiem ciągle służą jako certyfikaty jakości na rynku. W opinii większości przewodników turystycznych ceny usług w 2015 roku nie zmniejszyły się, a liczba przewodników oferujących swoje usługi na rynku nie zwiększyła się. Przewodnicy pracujący na rynku zwiększyli jednak zakres oferowanych usług. Ponadto w opinii części ankietowanych część zadań przewodników turystycznych przejęli piloci wycieczek.
Pełny tekst artykułu dostępny jest (w języku angielskim) pod adresem:
W zakończonym dziś VII Gremium Ekspertów Turystyki odbywającym się w Krakowie i Suchej Beskidzkiej moderowałem dyskusję panelową pt. „Realizator, Partner czy Przywódca? Model współpracy JST–ROT–LOT–LGD”. Mimo, że trójszczeblowy system zarządzania i promocji turystyki ma już 15 lat, wciąż nieprecyzyjnie określone kwestie funkcjonowania ROT i LOT rodzą ważne pytania, na które staraliśmy się wspólnie odpowiedzieć. Warto je powtórzyć, tej dyskusji nie można zamykać w wąskim gronie.
Organizatorzy konferencji do panelu zaprosili Zdzisława Pawlickiego kierującego ZROT, Zbigniewa Frączyka kierującego ROTWŁ oraz Jana Mazurczaka kierującego PLOT. Poza tym głos zabierał Jacek Janowski, dyrektor Departamentu Produktu Turystycznego Współpracy Regionalnej POT, oraz przedstawiciele ROT-ów, LOT-ów, MRiRW oraz środowiska naukowego.
Miejsce ROT i LOT
Krótko rzecz ujmując, ROT-y, LOT-y funkcjonują jako reprezentanci podmiotów podaży w regionach, działając jako pośrednicy między nimi a sferą popytu i stając się podwójnymi agentami: reprezentują regiony w oczach turystów, jednocześnie działają na rzecz turystów w regionach. Ponadto spajają sferę publiczną ze sferą rynkową – dzięki nim branża „ma dojście” do władz samorządowych w kwestiach związanych z turystyką, z punktu widzenia tych drugich LOT-y i ROT-y wiedzą „o co chodzi tej branży”. Gdyby ich nie było, turystyka nie mogłaby funkcjonować, trzeba było by je wymyślić.
Założenie minimalnej ingerencji w funkcjonowanie szczebla regionalnego i lokalnego spowodowało, że Ustawa o POT reguluje tylko ogólne wspólne zadania terytorialnych OT (uszczegółowione dla ROT i LOT przez założenia tworzenia systemu promocji), pozostawiając dowolność w kwestiach organizacyjnych i szczegółowym podziale kompetencji. Konsekwencją tego stanu jest przypadkowość rozwiązań w poszczególnych województwach. Praktyka pokazała, że stworzony 5 lat temu „Kodeks dobrych praktyk” nie jest w praktyce wykorzystywany. Niejednoznaczność reguł źle wpływa na ewolucję systemu.
Rosjanie przekonują się właśnie, że powiedzenie “turystyka jest najbardziej czułym barometrem politycznym” nie jest tylko dobrze brzmiącą, teoretyczną gadką wykładowców akademickich i ekspertów od stosunków międzynarodowych. Ukraiński konflikt rujnuje im wizerunek i wakacje. Zamiast zwiedzania, shoppingu i leżenia na plaży pod palmami, mają wakacje w cieniu sankcji i niepewnego kursu rubla.
O tym, że turystyka może być międzynarodową bronią dyplomatycznego rażenia, pisaliśmy na tym blogu na fali emocji wywołanych kryzysem krymskim (wszystkie wpisy na ten temat można przeczytać tutaj). Ale najczęściej bywa odwrotnie – eskalujący konflikt polityczny i wojenny niszczy turystykę, przy czym zasięg geograficzny tych zniszczeń obejmuje nie tylko rejon konfliktu, ale także popularne kierunki turystyczne wyznaczane przez podróże obywateli państw w niego zaangażowanych.
Niezrównany korepondent moskiewski Wacław Radziwinowicz oraz zagraniczne i polskie portale informacyjne donoszą, że w sobotę upadł wielki rosyjski touroperator, spółka Labirynt, zostawiając za granicą 27 tysięcy turystów, przede wszystkim w Turcji (gdzie Rosjanie, po przejęciu Krymu, na którym żyją tureccy Tatarzy, są lubiani tak jak niemieccy piłkarze przez brazilijskich fanów futbolu), ale także w Bułgarii, Grecji, Egipcie i Tunezji. Bezpośrednia przyczyna upadku jest jak zwykle w tej branży banalna – utrata płynności finansowej, brak zapłaty za przelot Orenburskim Liniom Lotniczym, a w konsekwencji brak transportu, jednego z trzech podstawowych składników pakietu turystycznego. W oficjalnym komunikacie spółka stwierdziła, że szerszymi przyczynami upadku są fatalny kurs rubla oraz zła sytuacja gospodarcza i polityczna, jednak wiadomo, że wysoki udział kosztów zmiennych w tej branży działa jak lawina – nawet krótkotrwałe zejście poniżej punktu opłacalności okazuje się zjazdem poniżej punktu zamknięcia działalności, brak płynności jest skutkiem, a nie przyczyną uruchomienia tej lawiny.
Wcześniej upadła Neva, najstarszy rosyjski touroperator, mający w chwili upadku 6 tysięcy klientów za granicą i ponad 30 tysięcy zabukowanych wycieczek, a także spółka Róża Wiatrów Świat. Ledwo dyszy przewoźnik UTair. Czytaj dalej →
Kończy się projekt Turystyczny magnes: wymiana doświadczeń pomiędzy Poznaniem a Kutaisi, którego celem było podzielenie się z gruzińskim miastem dobrymi praktykami z zakresu organizacji i zarządzania turystyką oraz tworzenia podstaw miejskiego systemu informacji turystycznej. Formalnie jeszcze trwa, ale jego główne elementy już za nami (no, może jeszcze jeden się wykroi). Najważniejszym punktem był dwutygodniowy pobyt szkoleniowy przedstawicieli branży turystycznej Kutaisi w Poznaniu w drugiej połowie maja. W trakcie wymiany myśli i współpracy z przyjaciółmi z Gruzji nasunęło mi się kilka refleksji na temat zarządzania turystyką miejską.
Ale zanim refleksje, najpierw jeszcze o samym projekcie. Jest to grant Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu Polska Pomoc Rozwojowa 2014, który wygrał Urząd Miasta Poznania przy silnej współpracy z Poznańską Lokalną Organizacją Turystyczną. Nie jest to pierwszy grant realizowany z Kutaisi, miastem partnerskim Poznania, ale pierwszy turystyczny. Zarys merytoryczny grantu zrodził się w trakcie targów Tour Salon w 2013 roku, wyniki konkursu ogłoszono w styczniu, w kwietniu Anna Aleksandrzak z UMP (kierownik projektu) oraz Wojciech Mania i Jakub Pindych z PLOT pojechali do Kutaisi zobaczyć, jak u nich działa organizacja turystyki, przyjechali, opowiedzieli, jak działa, na tej podstawie stworzyliśmy program dla nich, kiedy przyjadą do nas, a potem oni przyjechali do Poznania. Reprezentacja duża, kilkanaście osób, wybranych tak, aby odzwierciedlać całą heterogeniczość turystyki: urzędnicy, restauratorzy, hotelarze, tour operatorzy, pracownicy lotniska. Program workshopu możecie zobaczyć tutaj, ja tylko powiem, że było intensywnie: merytorycznie (duża liczba warsztatów i wizyt studyjnych), turystycznie (jakbym tylko miał czas, to bym wreszcie zwiedził dokładnie Poznań), i towarzysko (ci Gruzini, to dusze towarzystwa są).
Czego się dowiedziałem w ramach wymiany doświadczeń?
Po pierwsze, rozwój turystyki to decyzja polityczna
Jeśli miasto nie posiada unikalnych w skali światowej walorów turystycznych (a zarówno Kutaisi, jak i Poznań nie mają), to rozwój turystyki może następować tylko dlatego, że politycy tak zadecydują. Najważniejsza jest stabilność, ona determinuje wszystko. W Gruzji i w Kutaisi zmiana ekip rządzących następuje tak szybko, że trudno cokolwiek nie tylko wprowadzić w życie, ale z kim to, co ma zostać wprowadzone, przedyskutować. A jeśli do tego dodamy brak współpracy między poszczególnymi szczeblami oraz zwyczaj odrzucania tego, co zrobiła poprzednia ekipa, co jest częste w młodych demokracjach, to mamy pełny obraz. Turystyki nie da się „rozkręcić” w czasie jednej kadencji, tym bardziej skróconej. Jeśli zatem mamy mówić o rozwoju turystyki, to możemy stwierdzić, że najpierw polityka turystyczna, a potem zarządzanie turystyką. W Poznaniu najważniejszą decyzją polityczną było powołanie PLOT, a potem konsekwentne (według mojej opinii zbyt powolne, ale zawsze) przekazywanie tej organizacji prerogatyw planowania i rozwoju turystyki.
Po drugie, programy pomocowe zostają często na papierze
Okazało się, że nasi przyjaciele z Kutaisi dużo wiedzą odnośnie planowania turystyki, o wielu teoriach, podejściach i praktykach w tym zakresie już słyszeli. Przed Poznaniem do Gruzji przyjechało wiele zespołów w ramach europejskich programów pomocowych. Byli Brytyjczycy, Włosi, są także Amerykanie. W większości przypadków rezultatem takich projektów było stworzenie dokumentu strategii lub programu rozwoju turystyki. Ponadto dwóch naszych uczestników napisało strategię, najlepszą, bo najcelniej definiującą potrzeby i wyzwania rozwojowe. Stworzono koncepcję krajowej sieci informacji turystycznej, mającej być podstawą lokalnych/regionalnych organizacji turystycznych. A potem projektanci skończyli projekt i wyjechali, a w Gruzji została polityka. Dlatego nasi gruzińscy przyjaciele oczekiwali od nas przykładów praktycznego działania, a nie kolejnej strategii. Jednym z niewielu efektów, które nie pozostały na papierze, jest amerykański zagraniczna kampania promocyjna enoturystyki gruzińskiej, realizowana w ramach programu Economic Prosperity Initiative będącego częścią USAID Caucasus.
Źle się dzieje w państwie duńskim, i to od bardzo długiego czasu, zatem na ratunek trzeba użyć turystyki, i to najlepiej turystyki miejskiej. Po tym, jak liczba urodzeń osiągnęła najniższy od 27 lat poziom – 10 na 1000 mieszkańców, zrodził się u nich pomysł na zachęcenie Duńczyków do wypadów urlopowych, podczas których zadbaliby oni równocześnie o swoją przyjemność i przyszłość swojego kraju. “Zrób to dla Danii” – brzmi hasło tej kampanii.
Pomysł ma charakter ściśle komercyjny, na kampanię promocyjną wpadło biuro podróży Spies Travel, ale ja – znając nieskrępowane podejście do spraw obyczajowych oraz dziwne zachowania Duńczyków (wiecie, że oni wystawiają przed pubem wózki z dziećmi w czasie gdy siedzą w środku pijąc piwo?) – nie zdziwiłbym się, gdyby wymyślił ją rząd duński fundując wyjazdy za państwową kasę. To małe państwo (jego liczba ludności odpowiada średniej wielkości globalnej metropolii), mimo wysokiego PKB na głowę mieszkańca oraz tytułu najbardziej szczęśliwego kraju na świecie i rozrastającego się socjalu państwowego, kurczy się.
Kiedy państwa i instytucje międzynarodowe nie chcą prowadzić otwartej wojny, ale chcą uderzyć tak, aby chociaż trochę zabolało, bronią dyplomatycznego rażenia staje się turystyka. Chociaż może mieć charakter masowy, to najpierw można ją wykorzystać do działań snajperskich, kiedy na celownik bierze się ściśle wyselekcjonowane osoby. Tak zrobiły UE i USA, które w poniedziałek wprowadziły zakaz wjazdu oraz zamrożenie kont dla najbardziej „zasłużonych” dla odłączenia Krymu od Ukrainy.
Unia Europejska postrzeliła blokadą wiz turystycznych 21 urzędników i oligarchów rosyjskich i krymskich, USA wzięło za cel 11 osób, w tym Wiktora Janukowycza, premiera Krymu, przewodniczącego parlamentu krymskiego oraz posłów rosyjskiej Dumy Państwowej. Oni w najbliższym czasie na wakacje na Florydę, Lazurowe Wybrzeże czy na Mazury nie pojadą. Jeden z ukaranych zakpił, że czuje się zaszczycony sankcjami, można więc się oczywiście zastanawiać, czy tak miękkie działania, jak zakaz uprawiania turystyki, są dotkliwe. Nie są na małą skalę, ale kiedy staną się masowe, mogą zadziałać.
BBC podaje, że w UE mają już stworzoną listę stu osób, wobec których sankcje zostaną wprowadzone, a to nie musi być koniec, lista „uprawnionych” wcale nie musi składać się z nazwisk, ale warstw społecznych. Jeszcze przed referendum Timothy Snyder, historyk z Uniwersytetu Yale, pisał: narty w Alpach, plażowanie na Lazurowym Wybrzeżu i wakacyjne domy w krajach Unii są wentylem bezpieczeństwa dla rosyjskiej klasy średniej. To oglądana podczas zagranicznych podróży europejska kultura życia codziennego kształtuje rosyjską modę i aspiracje materialne. Dodajmy do tego turystykę edukacyjną (znaczna część elit wysyła dzieci do prywatnych szkół w UE lub w Szwajcarii) i finansową (bogaci Rosjanie nie ufają swojemu systemowi bankowemu i lokują pieniądze za granicą) – a zobaczymy, że Europa ma czym szachować Rosję. Łagodna siła może zadać całkiem silny ból. Ograniczenie wiz turystycznych, zakaz podróżowania dla kilku tysięcy wykonawców poleceń władzy i wpływowych popleczników Kremla, kilkadziesiąt zamrożonych rachunków mogłoby wiele zmienić. Miliony zamożnych rosyjskich „nowych mieszczan” zrozumiałoby, że inwazja na Ukrainę oznacza rezygnację z letnich wakacji, a elity – że zajęcie Krymu ściągnęłoby im na głowę rozczarowane i rozkapryszone nastoletnie dzieci.
Musimy pamiętać, że sankcje działają w obie strony. Brak turystów ze wschodu, którzy lubią wydawać dużo, odczują hotelarze, restauratorzy, sprzedawcy futer i diamentów. Turystyka użyta politycznie – nawet w słusznej sprawie – uderza w turystykę wykorzystywaną gospodarczo.